|
Gazeta
Wyborcza „Indianin
krzyczy w Alejach” W sklepie sprzedawała
śliczna wysoka blondynka. Ale to inni z nią dowcipkowali. Ja tylko mogłem
patrzeć i słuchać Potężnie zbudowany, góruje
nad przechodniami w częstochowskich Alejach Najświętszej Maryi Panny.
Zatrzymuje się, rozgląda uważnie. Nagle: Aaaaaaaaaaaaaaa!
-krzyczy na całe gardło. Ludzie zatrzymują się i
patrzą jak na wariata. Znowu - Aaaaaaaaaaaaa! – nie speszony krzyczy drugi raz, jeszcze głośniej. Po
chwili z błyskiem zadowolenia w oku i kamienną twarzą Jacek Mądrzyk odchodzi. Pierwszy raz zrobił
"Indianina" w Alejach po cichutku, gdy wokół prawie nie było ludzi.
Ale do dziś pamięta, że i tak mało nie zemdlał. "Indianin"
wykrzyczany na ruchliwej ulicy był jednym z pierwszych zadań, które dostał w
Centrum Terapii Jąkania w Mikołowie koło Katowic. Unikam dystrybutora numer pięć Jacek: - Każdy z nas jest
inny. Jedni zacinają się na samogłoskach, inni na spółgłoskach. Dla mnie nie
do przejścia były słowa zaczynające się na "p", "k" i
"cz", na "g" też nie mogły się
zaczynać. Od razu w głowie uruchamiał mi się słownik synonimów. Czasami
jednak słów na "p" czy "k" nie dało się zastąpić. "Poproszę kilo
czereśni", "Kilo kiełbasy grillowej
proszę". Nawet proste zakupy to był koszmar. Omijałem, jak mogłem, małe
sklepy, kupowałem tylko w samoobsługowych. Kiedyś koleżanka poprosiła,
żebym poszedł do apteki. -Nie ma sprawy, przecież wystarczy podać receptę -
uznałem. Ale ona chciała, żebym dokupił jakąś witaminę. Udało się, ale
wróciłem mokry ze strachu i wysiłku. A jak kolega chciał, żebym
mu kupił Caro, przyniosłem Sobieskie
-z "s" jakoś miałem mniej kłopotów. Na stacji benzynowej nigdy nie
podjeżdżałem do dystrybutora numer pięć, bo w kasie nie byłbym wstanie
powiedzieć, z którego tankowałem. Częstochowski pub. Jacek
podchodzi do barmanki i zamawia dwie herbaty. Z wszelkimi szykanami, czyli
"dzień dobry" i uprzejmym "proszę", którego jeszcze
niedawno bał się jak śmierci. Mówi wolno, sylabizuje każde słowo. Tak go
nauczyli w mikołowskim Centrum. Lewą dłonią na lewym udzie
wybija tempo kolejnych sylab i akcenty w zdaniu, na które się te sylaby
składają: dwie-her-ba-ty-pro-szę. Im terapia bardziej
zaawansowana, tym szybciej może mówić. Jacek stosuje tempo z
początku leczenia, czyli z sierpnia. Cały czas patrzy na barmankę. -Jest OK - ocenia. -
Uśmiecha się. Ale nie wszyscy się
uśmiechają. Wujek mu powiedział, że dał sobie wyprać mózg w tym Mikołowie.
Jakaś kobieta, którą zagadnął na ulicy, zaczęła go żałować, że taki młody, a
po wylewie. Za to w jednym z marketów,
do którego często jeździ na zakupy, kasjerki -wyznał im, skąd taka wolna mowa
u niego - chwalą go przy każdym spotkaniu: -O, już pan mówi szybciej, panie
Jacku! Jak tu zacząć od "przepraszam"? Jacek: - Zaczęło się chyba
w szkole, gdy nauczyciel wzywał mnie do tablicy. Bałem się, że nauczycielka
zacznie mi pomagać i kończyć za mnie słowa, na których się zacinam. Po śmierci mamy, dziesięć
lat temu, zrobiło się nie do wytrzymania. Im bardziej się jąkałem, tym
bardziej próbowałem to ukryć. Chciałem zniknąć. Ale ile możesz udawać, że cię
nie ma, jeśli masz dwa metry wzrostu? Kiedy tata był na operacji
w Bytomiu, pojechałem do niego i długo błądziłem po mieście, zanim znalazłem
szpital, a potem oddział i numer sali. Nie mogłem
zapytać o drogę, bo musiałbym zacząć albo od "przepraszam", albo od
"którędy". Żeby jakoś przeżyć, w
nieznane miejsca zabierałem ze sobą siostrę bliźniaczkę, która mówi jak
profesor Bartoszewski -w tempie karabinu maszynowego. Teraz bez przerwy sam
zagaduję ludzi. To część terapii. Zapytać o drogę, choć się ją zna, spytać o
godzinę, chociaż nosi się zegarek. Pracowałem jako tokarz, ale
były zwolnienia. Szukałem pracy od siedmiu lat. Im bardziej mi zależało, żeby
dobrze wypaść w rozmowie z pracodawcą, tym gorzej wychodziło. Zawsze to samo:
dla niepełnosprawnych nic nie mamy. Lekarka w przychodni, do
której poszedłem po zaświadczenie, że mogę robić zawodowe prawo jazdy,
wypytywała, dlaczego tak wolno mówię. To powiedziałem: - Leczę się z jąkania.
A ona: -Niepełnosprawny nie może jeździć autobusem. Chociaż mam dobry wzrok,
słuch i refleks. To było chyba najgorsze, co
mnie spotkało. Przecież kierowca to nie spiker radiowy. Ale się uparłem, znalazłem
innego lekarza i poszedłem na kurs dla kierowców autobusów. W Centrum w Mikołowie
Jackowi raz w miesiącu wyznaczają rozmówców, z którymi ma zrobić wywiad.
Prezydent miasta, dziennikarz, aktor, naukowiec, ktoś, kto wykonuje nietypowy
zawód. On sam wybiera temat
rozmowy, decyduje, czy będzie krótka, czy długa. Najważniejsze, żeby do
rozmowy doszło. Kiedyś byłoby to dla niego nie do pomyślenia: pójść do
magistratu, dotrzeć do prezydenckiej sekretarki, przekonać, żeby prezydent
znalazł czas. Potem wymyślić temat rozmowy i jeszcze ją przeprowadzić. Jacek pamięta każdą chwilę
w ratuszu. Cudem nie dostał zawału, tak mu waliło
serce: uda się czy nie, zatnę się czy nie. -Widziałem, że jest
zdenerwowany, ale że tak bardzo - nie zdawałem sobie sprawy - opowiada
Zdzisław Ludwin, wiceprezydent Częstochowy. W teatrze nie było lepiej. - Nie wiem, dla kogo
rozmowa była większym przeżyciem. Podejrzewam, że dla mnie. Nie miałam
pojęcia, jak to jest, kiedy się człowiek jąka. Może kiedyś na ulicy ktoś taki
jak pan Jacek próbował mnie o coś zapytać, a ja nie miałam czasu poczekać, aż
się wysłowi. Aż mi się głupio zrobiło w imieniu nie jąkających
się - mówi Czesława Monczka, częstochowska aktorka. "K" już dawno pokonałem Jacek: - Parę rzeczy mnie w
życiu ominęło przez to moje jąkanie. Marzyły mi się studia, ale nawet nie
zacząłem ich załatwiać, bo się bałem wizyt w rektoracie i dziekanacie.
Jeszcze bardziej niż rektoratu bałem się ładnych dziewczyn. No bo jak taką zagadnąć, zaprosić do kina? A jakbym jakąś
pokochał, to jak jej to powiedzieć? W sklepie koło mojej dawnej
firmy sprzedawała śliczna wysoka blondynka uczesana w koński ogon. Ale to
inni z nią dowcipkowali. Ja tylko mogłem patrzeć i słuchać. Na razie Jacek Mądrzyk plany dopasowuje do etapów terapii. Powinien ją
skończyć koło czerwca. Przed nim kilka prób: - przeprowadzić lekcję w
szkole - a wiadomo, dzieciaki są wredne i mogą się śmiać, - przygotować i wygłosić
odczyt w domu opieki społecznej, - odpowiadać na każde
ogłoszenie o pracę. Na razie czeka na reakcję zakładu energetycznego
poszukującego inkasentów, - w lutym zdać egzamin na
prawo jazdy dla kierowców autobusów i spróbować w MPK. A potem ostatnie zadanie i
wielki finał. Ma czytać Pismo Święte na mszy w kościele pełnym ludzi. Pomoc
obiecała aktorka Czesława Monczka. Razem opracują
tekst czytania mszalnego -gdzie postawić przecinek, gdzie kropkę, gdzie
złapać oddech. Już załatwia z paulinami,
by tę próbę przejść na Jasnej Górze przed obrazem Matki Boskiej. Teraz nawet z Listem do
Koryntian nie powinno być kłopotu, bo "k" już dawno pokonał. Dla Gazety: Henryk Czich,
wokalista Universe, współzałożyciel mikołowskiego
Centrum Terapii Jąkania Jeśli jąkanie utrudnia
komunikację z otoczeniem, lekarz może uznać to za niepełnosprawność. Tylko kiedy osoba jąkająca się, ze wszystkimi swoimi
kompleksami i zahamowaniami, dostanie do ręki legitymację niepełnosprawnego,
to już kompletnie się załamie. Ja bym się załamał, a wiem, o czym mówię, bo
jąkałem się 37 lat i 37 lat próbowałem ukryć to przed obcymi. Własny ślub tak
zorganizowałem, żeby w kościele byli sami znajomi: "swój" ksiądz,
"swoi" ministranci. A i tak bałem się, czy
zdołam z siebie wydusić: "Ja, Henryk, biorę ciebie, Ireno, za
żonę". Czekamy na Wasze opinie:
listydogazety@gazeta.pl Źródło: Gazeta Wyborcza |